czwartek, 19 sierpnia 2010

Wybuch wulkanu

Więc około 23.30 wyjechaliśmy z Kartajaya. Na własne życzenie zapakowaliśmy się z Martą do tyłu, co wydawało się dobrym pomysłem. Niestety takim nie było. Trzęsło, nisko, nie było się nawet jak wyspać. Hardcore to mało powiedziane.
O 02.00 dojechaliśmy na miejsce przeznaczenia. Bromo:D Wysiadając z samochodu doznałem małego szoku. Otóż Rendra zapomniał wspomnieć, że tam jest bardzo zimno w nocy … więc miałem na sobie sweterek Marty i różowy szaliczek i ogólnie marzłem!! Brrrrrr Dorwaliśmy dość szybko jakieś miejsce, gdzie można było zjeść noodle i napić się gorącej herbatki, co bardzo skutecznie poprawiøo nam z Martą humorek.
Wyruszyliśmy w drogę około 02.40. Spacerkiem, w dół górki, potem przez pustynię, która powstała dzięki uprzejmości Bromo, czyli aktywnego, pyłowego wulkanu. Gdy doszliśmy na miejsce, okazało się, że na wulkan są nawet schodki i to zajęte przez żołnierzy. Mieli ceremonię dla świeżaków. O wschodzie słońca na pustyni. Co za symbolika… :) Dalej wspięliśmy się między żołnierzami na samą górę i czekamy na wschód słońca wdychając cudowne wyziewy wulkanu i zamarzając.
W sumie sam wschód nie był niczym mega ciekawym, ale sesje zdjęciowe na jego tle były już bardziej interesujące. Wracając zahaczyliśmy o świątynie Hindi na pustyni, obóz żołnierski i … przystanek busów, którymi potem dojechaliśmy na parking gdzie stał nasz samochodzik. Tak oto skończyła się wycieczka do Bromo. Potem powrót do Surabaya, odstawienie Marty do sierocińca i … mnie do domku (Mulyosari), ale plany się zmieniły i wylądowałem nieżywy w domku babcinym. Spałem gdzie popadnie :) a Rendra uczestniczył w spotkaniu przygotowującym wesele :) to by był koniec tego tygodnia. Dodam tylko tyle,że na mieszkanie wróciłem około 01.30 i jeszcze trzeba było się wykąpać i o 5.00 pobudka!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz